Luty 3, 2010

Kraj Rad

Parę dni temu wspominałem o tym, jak brytyjskie “councils” stają się powoli odpowiednikiem komunistycznych “rad”. Ale, tak naprawdę, to stają się one prawdziwą realizacją snu o “radach ludowych”, ponieważ w pierwszym Kraju Rad (znanym szerzej jako Związek Radziecki – to ostatnie od rad właśnie) rady były złudzeniem a obowiązywała ścisła hierarchia komisarzy i sekretarzy. Tymczasem brytyjskie “councils” nie są elementem żadnej hierarchii, za to – prawdziwe marzenie trockisty – mają coraz większą władzę. Już nie tylko decydują o tym co można postawić u siebie w ogródku – teraz zaczynają wyciągać łapy po dzieci, by uczynić z nich dzieci ludowe, za których wychowanie i formowanie odpowiada lud pracujący w osobie pracownika socjalnego a nie rodzice.

Mieliśmy więc już groźby odbierania dzieci rodzicom bo dziecko było za grube, było odbieranie dziecka za chudego (w celu podtuczenia junk-foodem), było nachodzenie przez policję 5-cio latka, który nazwał kolegę w szkole “pedał” (ang. gay, oczywiście różni kretyni nie rozumieją, że używanie takich słów przez 5-cio latki to efekt “edukacji seksualnej”) i tak dalej.

News z ostatnich dnich: pięciolatki dostały do wypełnienia ankiety-kolorowanki na temat tego, co się dzieje u nich w domu – co się jada, jak się jada, co się pije i ile i tak dalej. Ma to ułatwić “councils” dopadnięcie (ang. target) rodzin, gdzie jest ryzyko nadwagi albo inne zagrożenia.

Na razie tyle – ciekawe kiedy do kwestionariuszy dodamy co tata i mama mówili i czy aby napewno nie mówili czegoś niezgodnego z linią partii… eee… znaczy… nowoczesnego multikulturalnego społeczeństwa. Piewcy Pawki Morozowa napewno z dumą spoglądają z kotłów w piekle na swoich brytyjskich naśladowców.

(Ciekawostka: news na stronach Daily Mail, który zainspirował ten post, zniknął. Linki do niego pozostały jednak na wielu stronach, np. tutaj).

Styczeń 30, 2010

Dalsza eskalacja bezpieczeństwa

Jak się dowiadujemy z brytyjskich gazet rząd – a konkretnie policja – Jej Królewskiej Mości rozważa wprowadzenie automatycznych samolotów i sterowców szpiegowskich (“drones”) stosowanych dotychczas przez wojsko (m.in. US Army w Afganistanie) do dyskretnego stałego nadzoru obywateli z powietrza. Mogące wisieć godzinami w powietrzu “drones” są w stanie z dużej wysokości, na której pozostają niewidoczne z ziemi gołym okiem, śledzić precyzyjnie pojazdy i ludzi w dzień i w nocy.

Jak pisze The Guardian mają one służyć do łapania “aspołecznych kierowców”, prostetantów (!), złodzieji płodów rolnych jak i osób, które śmiecą (“fly-tipping” to angielskie określnie wyrzucania śmieci byle gdzie by nie musieć samemu płacić za ich wywiezenie). Jak się dowiedzieć można z artykułu – jak i z Daily Mail – jest już “narodowy plan drones” a pod czaszkami jego autorów kotłuje się tysiąc i jeden pomysłów na wspaniałe zastosowania tych cudownych urządzeń. Na przykład latając nad kanałem La Manche mogłyby łapać nielegalnych immigrantów (z Francji?!). Albo oddane w ręce “councils” (coś, co zaczyna w UK odkrywać rolę komunistycznych “rad lokalnych”) pomagać w łapaniu ludzi wiozących “podejrzane ładunki”, klejących plakaty bez zezwolenia i ogólnie zwalczaniu “aspołecznych zachowań”.

Jest wręcz niebywałe do jakich poziomów szaleństwa dochodzi Wielka Brytania. Jest to kraj o największym w Europie (jak nie na świecie) nasyceniu kamerami na ulicach, w sklepach i miejscach publicznych, o największej liczbie fotoradarów zarówno na kilometr jak i per capita – teraz brakuje do tego jeszcze tylko kamer wiszących 24/7 na niebie by jeszcze ściślej wszystko i wszystkich monitorować. Dodajmy do tego genialny Holenderski pomysł, by każdy samochód wyposażyć obowiązkowo w GPS z nadajnikiem meldującym o położeniu (i nakładać podatki za km przejechany – oczywiście, tylko o to może chodzić, prawda?), który napewno też trafi do UK tak  jak wyrastające niczym grzyby po deszczu “skanery ciał” na każdym lotnisku (n.b. właśnie zapowiedziano, że na Heathrow i innych lotniskach brytyjskich nie będzie można – w odróżnieniu od lotnisk w USA np. – zamiast napromieniowania w takiej maszynie wybrać tradycyjnego obmacania przez agenta/agentkę “bezpieczeństwa” – rentgenowskie zdjęcie na golasa będzie obowiązkowe!). Dodajmy do tego odbieranie ludziom dzieci bo jedzą za dużo albo za mało – albo się za wiele modlą. Dodajmy do tego walkę z krzyżem (ale nie z Islamem, co ciekawe) i mamy bezmiar otchłani, w którą stacza się wyspa będąca niegdyś krajem wolnych ludzi.

Powodzenia, drodzy Brytyjczycy! Niedługo i Wam będzie cierpnąć skóra na dźwięk słowa “bezpieczeństwo” a Wasz dzień będzie wyglądał tak: po wstaniu i szybkim śniadaniu (chlebek z genetycznie modyfikowanych zbóż, kawa instant nie wiadomo z czego, mleko z hormonalnie pobudzonej krowy) sprawdzasz czy przez sen nie odpięła się branstoleta identyfikacyjna (jak to dobrze, że już za rok wszczepią chip w ramię – nie trzeba będzie pamiętać o bransolecie z numerem!) i wychodzisz na ulicę. Wsiadasz do samochodu i jedziesz, czujnie śledzony przez system naliczający jednocześnie dwa funty za każdą milę. Jedziesz oczywiście wolno i spokojnie – nigdy nie wiadomo na kogo patrzy z nieba wszechobecne oko kamery. Właśnie obserwujesz jak policja ładuje do suki faceta, który przed chwilą wyrzucił zmiętą gazetę na trwanik. Koło pracy wjeżdżasz na parking i wychodzisz na ulicę – a tam lotna kontrola antyterrorystyczna. Barczysty policjant zaprasza Cię (tytułując Cię “sir”) do przewoźnego skanera ciał – chwila swędzenia na skórze i już jesteś wolny. Odchodząc słyszysz jak operatorki dowcipkują nad Twoim zdjęciem. Z ulgą winszujesz sobie w myślach, że tym razem krzyżyk zamiast na szyi zostawiłeś na stole w domu. i tak dalej, i tak dalej.

Styczeń 29, 2010

Tusk nie kandyduje, PiS atakuje, olaboga!

Co naiwniejszymi i mniej obytmi z naszym życiem politycznym wczorajsze oświadczenie Tuska, że nie będzie kandydował na prezydenta wstrząsnęło. Niektórymi, zupełnymi już naiwniakami, pozytywnie. Wstrząs ten wynika z nadużywania silnego i b. źle wpływającego na rozum narkotyku, jakim jest telewizja. Nadużywający telewizji ulegają złudzeniu, że pokazywane tam zdarzenia są rzeczywiste i istotne, podczas gdy stanowią one fasadę i to najczęściej życzeniową.

Już wyjaśniam co to jest “życzeniowa fasada”: otóż polityka postrzegana przez pryzmat TVN24 i audycji Tomasza Lisa to jest taki obraz polityki, jaki na danym etapie zgodnie z tegoż etapu mądrością “starsi i mądrzejsi” podsuwają nam do wierzenia. Tymczasem rzeczywista polityka odbywa się poza okiem kamery – decyzje podejmowane przez “starszych i mądrzejszych” są przekazywane do miejscowej razwiedki (tego czy innego odłamu), a następnie są aktorom sceny politycznej (wyjątkowo trafne określenie) objawiane. Czasem odbywa się to najwyższym piętrze hotelu Marriott, czasem na cmentarzu – no ale w każdym razie to w ten sposób nasi “liderzy” i “mężowie stanu” dowiadują się co im w danej chwili przystoi robić.

Takoż było i z Tuskiem. Widać już dawno mu zakomunikowano, że na stanowisko tubylczego prezydenta przewidziany jest kto inny. I dlatego dla nikogo, kto próbuje śledzić życie polityczne nie przez ekran TV, ale poprzez próby odgadywania kierunków działań “starszych i mądrzejszych” z różnych znaków i śladów, z powolnych ruchów różnych państw i organizacji nie mogło to być żadnym zaskoczeniem. Raczej potwierdza to pewne przecieki i znaki z zeszłego roku – jak choćby nagły pomysł PO by zmniejszyć prezydentowi uprawnienia lub niedyskrecję posła Nowaka, że Tusk widzi jako prezydenta… Władysława Bartoszewskiego.

Swoją drogą “decyzja” Tuska jakoś dziwny trafem zbiega się z podbijaniem wyników PiS w sondażach. Moim zdaniem to przygotowanie artyleryjskie do objawienia nam prawdziwego wybrańca “starszych i mądrzejszych”, który ma powstrzymać ten straszny PiS i zdetronizować tego ochydnego Kaczora.

Fakty są takie, że prezydent to stanowisko już czysto reprezentacyjne, pozbawione nawet konstytucyjnie jakiejkolwiek realnej władzy zaś PiS to partia, która po przegranych wyborach poszła w rozsypkę (silnie zresztą wspomaganą przez swojego wodza, który czyścił ją ze wszystkich, ktorzy mogliby mu zagrozić – a więc posiadających więcej niż dwie czynne szare komórki). Jednak by raz jeszcze uzyskać efekt mobilizacji “młodych” i innych “oświeconych” konsumentów TV trzeba trochę już przykurzone i cuchnące naftaliną truchło PiS-u nieco podmalować i ożywić, by raz jeszcze mogło straszyć.

Odsunięcie Donalda może tu tylko pomóc. Mimo najszczerszych wysiłków TVN24 i Gazety Wyborczej wielu Polaków jednak się już połapało, że Tusk to nadmuchany medialnie pętak, który nic nie robi a obieca każdemu co tylko ten będzie chciał usłyszeć. W tej sytuacji weryfikacja jego sondażowej przewagi nad “Kaczorem” przy urnach wyborczych mogłaby doprowadzić do nieprzyjemnej dla nadmuchujących Donalda kompromitacji. A tak, to on sobie pogada, że by napewno wygrał – i któż to kiedyś zweryfikuje? – a niektorzy się nabiorą na te jego marsowe miny, że to dla Polski się tak poświęca i w ogóle.

Brawa dla reżyserow naszej sceny politycznej! Aktorów może mamy kiepskich, ale reżyseria – mucha nie siada.

Teraz tylko czekać na kolejne etapy – dalsze straszenie PiS-owskim truchłem, a potem nagłe objawienie kolejnego zbawcy narodu wystruganego z banana przez “starszych i mądrzejszych”. Założę się, że już ów wybraniec trenuje odpowiednie miny i kuje na pamięć swoje kwestie. W końcu to występ będzie nie lada, nie może być pomyłki!

Jak już pisałem, byłoby to zabawne gdyby nie to, że to naprawdę się dzieje w kraju bliskim sercu. Skoro nic nie można zrobić to można zrobić przynajmniej jedno – nie brać udziału w tej farsie i nie głosować.

Styczeń 28, 2010

Rząd dogodzi podróżnym

Jak wiadomo pokrojenie PKP na kilka mniejszych firm miało być wstępem do konkurencji na torach, zgodnie zresztą z wytycznymi z Brukseli. No więc w końcu pojawiła się konkurencja – mianowicie (oddane w ręce samorządow) Przewozy Regionalne uruchomiły tym taborem, jaki mają – czyli starymi, odmalowanymi składami elektrycznymi i co im tam jeszcze zostało po oddaniu wszystkiego co najlepsze lata temu do firmy “PKP Intercity” – połączenia InterRegio czyli normalne pociągi międzymiastowe. Warunki podróży jakie są każdy widzi – składy są stare, choć na ile się dało odremontowane, nie ma Warsa, nie ma miejscówek itp. – ale za to cena jest nawet o połowę niższa niż w Intercity, a czas podróży praktycznie taki sam. Np. na trasie z Warszawy do Krakowa najtańszy normalny IC kosztuje 83 zł a w InterRegio 40 zł – czas podróży praktycznie taki sam.

Co robi rząd? Cieszy się, że jest wreszcie konkurencja, o której tyle było gadania? Nie, skądże znowu – rząd chce tą “dziką konkurencję” uregulować. Oficjalnie dlatego, że biedni podróżni muszą podróżować w takich strasznych niewygodach, że rząd nie może patrzeć na ich cierpienia – i ureguluje. Przy okazji dobierze się wreszcie do tych ochydnych prywatnych busów, które bezczelnie wożą ludzi po drogach za grosze – a przecież mogliby wydać krocie na PKS czy Intercity.

Jak się wczytać uważnie w artykuł o tym rządowym pomyśle to widać jasno o co chodzi. Mają być… koncesje, po jednej na konkretną relację czy linię. Samorządy te koncesje mają rozdawać – i jestem pewien, że samorządy to poprą w podskokach. Dalczego? Ano dlatego, że będzie to dla lokalnych politykierów wspaniała okazja do zacieśniania lokalnych sitw – koncesje da się swoim, resztę się spławi. Jednocześnie taki “samorządowiec” będzie “poszerzał swoją bazę polityczną” – to znaczy grono ludzi, którzy zawdzięczają mu coś i muszą się odwdzięczać. A jakaż to piękna szkoła zanim taki lokalny polityk trafi wreszcie do Warszawy by tą samą operację powtarzać na większą już skalę? Jakież to piękne umocnienie “kapitalizmu kompradorskiego” gdzie o dostępie do rynku decyduje przynależność do sitwy a nie zdolności, rzutkość i inne takie tam.

Ale jest i jeszcze inny wymiar tej całej sprawy. Jak to jest, że w całej Europie operację prywatyzowania koleji poprzez krojenie jej na małe kawałeczki przeprowadzono tylko w UK – a i to bez sukcsu? I jak to jest, że najsilniejsza firma kolejowa Europy to… Deutsche Bahn, którą dopiero teraz mają powoli “prywatyzować” na tą unijną modłę? Jak widać panstwa poważne chronią infrastrukturę istotną dla państwa, na przykład koleje, a prywatyzują w taki sposób, że dają jakieś udziały prywatnym inwestorom ale nie wypuszczają z ręki kontroli nad krytycznymi elementami (np. kontroli nad firmą itp.). Co więcej, państwa poważne czekają z tym aż firma będzie silna i ostoi się po takiej operacji. I żeby nie było, że koncentruję się nadmiernie na Niemcach – to samo robią Francuzi, którzy swojego SNCF nawet nie zamierzają rozczłonkowywać (przy tym mają 4000 km linii wysokiej szybkości i kolej w większości zasilaną z elektrowni jądrowych – czyt. będzie działać i jak będą jakieś problemy z ropą).

A u nas jak to u nas – władze państwa dbają głównie o to, by rozciągnąć siatkę sitw gdzie się da, w tym przypadku również na transport i ukrócić tą wstrętną “dziką konkurencję”. Czekamy na ukrócenie dzikiej konkurencji na rynku handlu warzywami poprzez wprowadzenie koncesji wydawanych przez radnych danej dzielnicy czy gminy. To dopiero będzie używanie!

Byłoby to śmieszne, gdyby nie to, że dzieje się naprawdę…

Styczeń 19, 2010

Lekcje z Haiti

Na Haiti dzieją się rzeczy straszne. Trzęsienie ziemi doprowadziło tam błyskawicznie do całkowitego załamania wszelkiej cywilizacji. Okazało się, że bez prądu i bieżącej wody społeczeństwo w ciągu paru dni zmienia się w bandę zezwierzęconych dzikusów, którzy nie cofną się przed niczym by zdobyć pożywienie.

Oczywiście, można powiedzieć, że to Haiti – więc w ogóle dziki kraj i tak dalej. Ale zastanówmy się – jak długo by trwało, zanim nasze własne społeczeństwo doszłoby do podobnego stanu, gdyby tak padło zasilanie a rurociągami ze wschodu przestała płynąć ropa i gaz? Ile dni bez wody, prądu i regularnych dostaw żywności trzeba by było żeby Polacy też zaczęli rabować najpierw sklepy, a potem sąsiadów?

Może warto się nad tym zastanowić zanim będziemy się z wyższością litować nad “dzikusami”.