Dlaczego nie warto głosować?

Od maleńkości wbija się nam do głowy, że demokracja to najlepszy z możliwych ustrojów a udział w głosowaniu to “obywatelski obowiązek”. Wmawia się nam także, że nie głosując też w istocie głosujemy – że jak nie pójdziemy zagłosować na kogoś, kogo nie lubimy, to inni pójdą i wybiorą kogoś, kogo nie lubimy bardziej. Wszystko to razem służy wmówieniu nam, że mamy w ogóle jakikolwiek wpływ na to, kto rządzi, a przez to na kierunek, w jakim zmierza nasz kraj.

Wszystko to, niestety, nie jest prawdą.

Spójrzmy na początek na sytuację w Polsce, a konkretnie na ordynację wyborczą. Jej kształt – pokrętny i skomplikowany – sprowadza się do tego, że głosowanie oznacza w istocie wybór nie konkretnej osoby ale jednej z kilku partii. O wejściu lub nie wejściu do parlamentu danego kandydata decyduje przede wszystkim miejsce na liście – a o umieszczeniu na liście i miejscu na niej decydują przywódcy partii politycznych i ich terenowi reprezentanci. Teoretycznie wyborcy mogą tą kolejność zmienić, ale aby z dalszych miejsc na konkretnej liście wskoczyć do parlamentu trzeba mieć wyjątkowo dużo głosów, o parę rzędów wielkości więcej niż partyjny pomazaniec umieszczony na jej czele.

To dlatego na polskiej scenie politycznej dominują partie “wodzowskie”, a więc takie, gdzie dominują posłuszni wykonawcy woli wodza. To stąd biorą się “spadochroniarze” – czyli obsadzanie pierwszych miejsc na listach w głównych okręgach kandydatami, którzy z danym miejscem nie mają w ogóle nic wspólnego. To także dlatego brak w polskiej polityce jakichkolwiek nowych twarzy – obracają się przed nami niczym w karuzeli dokładnie ci sami politycy od 20 lat. Jedyne istotne wyjątki od tej reguły to był ruch Andrzeja Leppera, clown naszej sceny politycznej Palikot oraz mający wieczne problemy z wymiarem sprawiedliwości Piskorski. By znaleźć się w Sejmie lub na jakimkolwiek stanowisku ministerialnym trzeba być wybrańcem wodzów jednej z głównych partii – i to wybrańcem sprawdzonym, który odsłużył przedtem swoje na niższych szczeblach, gdzie jest dokładnie to samo.

Sytuację zasadniczo pogłębia i petryfikuje mechanizm finansowania partii politycznych z budżetu państwa oraz próg wyborczy. Powoduje on, że wypadnięcie z politycznej karuzeli ma zwykle charakter trwały a wstęp do niej jest niezwykle utrudniony.

Ale na tym nie koniec – poza ordynacją wyborczą jest jeszcze rzeczywistość mediów. W obecnej chwili nie jest możliwe wygranie jakichkolwiek wyborów bez dotarcia do tzw. mas, a to zapewniają jedynie media o wielkiej “sile rażenia”, w praktyce przede wszystkim telewizja.

Telewizja jest dla polityki i demokracji najgorszą plagą z możliwych. Sam charakter telewizyjnego, ruszającego się obrazka powoduje u ludzi wyłączanie się racjonalnego myślenia, dużo większą rolę odgrywa estetyka i emocjonalna warstwa przekazu. Dlatego tak wielką rolę odgrywa aparycja kandydatów, ich ubiór i gesty – zdecydowanie, niestety, większą od ich poglądów, doświadczenia, dotychczasowych osiągnięć (lub ich braku) itp. Dlatego zamiast racjonalnego rozważania problemów państwa są emocjonalne przekrzykiwania, proste hasła i granie na najprostszych (a więc zrozumiałych dla przeciętnego wyborcy) skojarzeniach.

Ponadto telewizja jest medium niezwykle drogim do zbudowania i operowania – dlatego stacji telewizyjnych o dużym zasięgu jest niewiele. Kto je kontroluje ten de facto kontroluje jakie poglądy, tematy i problemy są dopuszczane do świadomości większości. Można powiedzieć, że kto kontroluje telewizję ten w istocie kontroluje wynik wyborów.

I nie idzie tu bynajmniej o kwestię reklam. Reklamy przedwyborcze to – choć kosztowny i istotny element kampanii – drobiazg w porównaniu z “niezależnym dziennikarstwem”. To główni, pokazywani w dziennikach i po nich dziennikarze kształtują de facto opinię publiczną.

Teoretycznie oczywiście ten mechanizm może dobrze działać jeśli istnieją różne stacje TV i w nich różne punkty widzenia. Niestety, jak poprzełączać kanały to dominuje w ogólnym zarysie jeden i ten sam punkt widzenia (nazywany mainstream). Inne punkty widzenia wstępu do głównych kanałów TV nie mają, chyba, że po to by je wyśmiać jako bezsensowne i głupie. Widać to było jak na dłoni przy okazji nakręcania kampanii strachu wokół “świńskiej grypy” czy “globalnego ocieplenia” – racjonalne, naukowe argumenty sceptyków w obu tych sprawach nie miały do głównych stacji TV wstępu, chyba, że jako cytowane z ironicznymi uśmieszkami opinie “oszołomów”.

Podobnie zresztą jest i z “poglądami” oraz – co ważniejsze – praktyką rządzenia głównych partii politycznych. Różnice pomiędzy nimi sprowadzają się do retoryki, ale praktyka dziwnie jakoś jest taka sama. Choćby obecnie głowny, medialnie nakręcony konflikt PiS vs. PO – nienawiść wielka, opluwanie ogromne, ale przecież praktyka rządzenia niewiele różna. Ta praktyka rządzenia pokazuje co więcej  zadziwiającą stałość przez ostatnie 20 lat pomimo zmian rządów. Ta praktyka to przede wszystkim chronienie status quo ustalonego w 1989 roku co do podziału wpływów, dokręcanie śruby ekonomicznie (rozrost biurokracji, wzrost liczby działalności objętych koncesjami i zezwoleniami, wzrost podatków – a jednocześnie długu publicznego trwa niezmiennie i bez żadnych zaburzeń przez wszystkie zmieniające się rządy), wyprzedaż zagranicznym podmiotom mienia państwowego oraz pozbywanie się niepodległości kraju.

Oczywiście, nie jest to sytuacja przypadkowa – bo główne, kształtujące opinię publiczną media należą do tych samych osób i kręgów, które kształtują partie polityczne – na przykład poprzez dotacje, zakulisowe powiązania “biznes-polityka” (u nas ujawniające się nie wiedzieć czemu na cmentarzach) czy powiązania rodzinne.

Podsumowując: wybory to decydowanie o tym kto z już wcześniej przez elitę wybranych i wypromowanych w kontrolowanych przez nią mediach kandydatów będzie zajmował to czy inne stanowisko (fotel w sejmie, w rządzie itp.).

Czy w świetle powyższego głosowanie nie jest zatem niczym więcej jak farsą podobną do wyboru pomiędzy Pepsi a Colą? Co konkretnie zmieniło w Polsce wybranie tej czy innej partii? Czy zmienił się kurs i kierunek prowadzonej polityki w warstwie faktów i twardych, gospodarczych przede wszystkim, realiów? Czy coś zmieniło się w sytuacji zwykłego obywatela – poza przemijającą satysfakcją, że “jego kandydat” (który ma go zresztą głęboko gdzieś) wygrał?

A skoro tak, to czy warto marnować czas i energię na branie w tym udziału? To już lepiej obstawiać konie na wyścigach – tam też wiele spraw jest “ustawionych”, ale przynajmniej można wygrać jakieś pieniądze.

Dodaj komentarz

Filed under Polityka

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s